Gap Travel https://gaptravel.net Kitesurfing na wakacje Tue, 09 Apr 2019 13:58:53 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.0 https://gaptravel.net/wp-content/uploads/2019/03/favicon.png Gap Travel https://gaptravel.net 32 32 Wakacje – Tajlandia https://gaptravel.net/wakacje-tajlandia/ Tue, 09 Apr 2019 11:27:55 +0000 https://gaptravel.net/?p=1929 Tajlandia to moje ukochane miejsce, trzykrotnie byłam w Krainie Uśmiechu i zamierzam tam jeszcze wrócić. Przepyszne (i tanie!) jedzenie, przepiękne krajobrazy, światowej klasy zabytki, masaże na każdym kroku, cudowne plaże, setki wysp i najważniejsze – sympatyczni mieszkańcy, a to wszystko tworzy wspaniały klimat, który trudno opisać.

Artykuł Wakacje – Tajlandia pochodzi z serwisu Gap Travel.

]]>

Tajlandia to moje ukochane miejsce, trzykrotnie byłam w Krainie Uśmiechu i zamierzam tam jeszcze wrócić. Przepyszne (i tanie!) jedzenie, przepiękne krajobrazy, światowej klasy zabytki, masaże na każdym kroku, cudowne plaże, setki wysp i najważniejsze – sympatyczni mieszkańcy, a to wszystko tworzy wspaniały klimat, który trudno opisać.

Przedstawiam Wam moją subiektywną listę miejsc i rzeczy, które musicie zobaczyć/zrobić w Tajlandii (przetestowałam na własnej skórze).

1. Bangkok – to miasto albo się kocha, albo nienawidzi; ja zdecydowanie należę do pierwszej grupy. Mimo ogromnego zgiełku (ok. 10 mln mieszkańców), korków na niezliczonej ilości przeplatających się na różnych poziomach dróg, jest w nim coś fascynującego. Z samego rana udałam się do starożytnej, mistycznej świątyni Wat Pho z 46-metrowym złotym posągiem Buddy, a po południu przechadzałam się wśród drapaczy chmur w nowoczesnej dzielnicy biznesowej. Takie kontrasty tylko tutaj.

2. Wyspa Koh Samet – na wyspie jest zaledwie kilka samochodów, ruch odbywa się na skuterach. Asfaltowych dróg jest zaledwie kilka małych odcinków, a cały obszar wyspy to Park Narodowy. Krystalicznie czysta woda i białe, piaszczyste plaże w małych zatoczkach sprawiają, że miejsce to wygląda jak raj. Zachwyciłam się plażą Ao Vongduen. Po zmroku jadłam kolację na plaży, na specjalnie wyłożonych poduchami leżankach w niesamowitej atmosferze – na palmach zawieszone były lampiony, a na piasku odbywały się pokazy tańca z ogniem.

3. Jestem fanką tajskiej kuchni, niezwykle różnorodnej i aromatycznej. Najlepiej jej specjałów zakosztować na Khao San Road w Bangkoku – tętniącej życiem ulicy dla turystów tzw. plecakowych, z niezliczoną ilością punktów gastronomicznych w postaci m.in. wózków i straganów, z których unoszą się wspaniałe zapachy. Obowiązkowo musimy zamówić zupę kokosową z krewetkami, trawą cytrynową i imbirem oraz pad thai – makaron ryżowy z woka z dodatkami. Za takie danie na Khao San zapłaciłam 50 bathów (ok. 5 zł), ale udało mi się także zjeść zupę za 10 bathów i satay’a (rodzaj szaszłyka) za zaledwie 5 bathów! Amatorom mocnych wrażeń serwuje się smażone pająki, skorpiony, węże i robaki. Smacznego!

4. Pływający targ Damnoen Saduak. Udałam się tam o świcie. Sklepikarze handlowali między swoimi łódkami w kanałach i gotowali na nich. Mimo że nie jestem dobrym fotografem, zdjęcia robiły się same, gdyż wszystko było niesamowicie kolorowe. Idealna sceneria!

5. Chiang Mai. Miasto słynie z licznych świątyń, m.in. Wat Doi Suthep, do której prowadzi 309 schodów, a z góry rozciąga się panoramiczny widok na okolicę. Jednak najbardziej urzekła mnie spokojna atmosfera starego miasta, klimatyczne uliczki, kameralne hoteliki i restauracje.

6. Lopburi. Musiałam zobaczyć na własne oczy świątynię i centrum miasta opanowane przez małpy. Na własnej skórze odczułam ich obecność – z naszego samochodu zdążyły „pożyczyć” części z wycieraczek i gumki uszczelniające.

7. Zachód słońca na wieżowcu Lebua – jeden z najwyższych budynków Bangkoku, gdzie kręcono sceny do filmu „Kac Vegas w Bangkoku” („Hangover II”). Rozciąga się z niego niesamowity widok na całe miasto – trzeba tu być! W podniebnym barze sączyłam drinka za 70 zł (chyba najdroższy drink w mieście!), ale było warto.

8. Wyspa Phi Phi Ley – to właśnie na tej bezludnej wyspie kręcono „Niebiańską plażę” z Leonardo DiCaprio. Gdy stanęłam na tej słynnej plaży, od razu wiedziałam, dlaczego właśnie na niej zrobiono plan filmowy.

9. Most nad rzeką Kwai. Przyznam szczerze, że ten słynny most mnie nie zachwycił, ale za to sama miejscowość bardzo – noc – leg w kameralnym hoteliku nad brzegiem rzeki, a wieczorem rozrywka w „centrum”. Przenośne bary rozkładały się wzdłuż ulicy – 10 bathów za shota. Tu choć raz możemy postawić ko – lejkę wszystkim siedzącym przy barze bez zrujnowania swojego budżetu. Tylko w Tajlandii podczas jednego wieczoru mogłam spotkać barmana 10-latka i lady boya!

10. Ayutthaya – dawna stolica, kiedyś najpotężniejsze miasto w Azji. Zwiedzać te wspaniałe ruiny i świątynie można tradycyjnie, ale zdecydowanie ciekawiej na grzbiecie słonia, jak ja to zrobiłam.

11. Przejażdżka na słoniach w dżungli, ale tylko w ośrodku, który dba o te zwierzęta. Ja polecam Thai Elephant Conservation Center w prowincji Lampang, który działa pod patronatem rządu i mieści się na skraju dżungli. Słonie swobodnie przemieszczają się między dżunglą a ośrodkiem. Znajduje się tu również szpital, który pomaga słoniom zranionym przez kłusowników czy uwolnionym od niewolniczej pracy. Nie spodziewałam się, że przejażdżka na tym ogromnym zwierzęciu poprzez wodę, dżunglę i strome podejścia będzie dla mnie tak dużą atrakcją.

12. Pattaya – Walking Street lub Patong Beach – Bangla Road. Dwa najbardziej znane kurorty w Tajlandii i dwa znajdujące się przy nich deptaki, słynne z nocnych klubów, ping pong show, lady boyów i draq queen. Nie musimy wchodzić do środka, wystarczy przespacerować się tymi ulicami, część mniej odważ – nych lokali ma tylko zadaszenie. Aby przybliżyć Wam ogrom tej sytuacji, w jednym z lokali, składającym się z samych barów, naliczyłam ich 24. Na każdym barze były 3 rury, a przy każdej rurze tańczyła dziewczyna, czyli 72 dziewczyny w jednym ba – rze, a barów była cała długa ulica!

13. Najprzyjemniejszą wycieczkę rowerową w życiu odbyłam po Sukhotai, ruinach dawnej stolicy Syjamu, wpisanych na listę UNESCO, które rozciągają się na ogromnym obszarze. Polecam!

14. Tajskiego masażu można zakosztować na każdym rogu, ja jednak najmilej wspominam masaże na plaży o zachodzie słońca na wyspach Koh Samet i Koh Mak oraz wieczorny masaż stóp na ulicy po całodziennym zwiedzaniu Bangkoku. Masaż na ulicy to nic dziwnego, to sport narodowy – wieczorami mieszkańcy stolicy rozkładają na chodnikach koce i masują się na – wzajem.

15. Wyspy Koh Mak i Koh Rayang Nok – egzotyka w najczystszej postaci, nieliczni turyści, puste plaże, sielankowa atmosfera. O ile na Koh Mak w „centrum” znajdziemy kilka knajpek, hoteli i stację benzynową, a w zasadzie punkt z kilkoma baniakami benzyny (3 latarnie gaszą koło północy), tak na malutkiej Koh Rayang Nok, na którą przypływałam kajakiem, znajduje się tylko kilka bungalowów i nic więcej. Poczułam się tam jak Robin – son Crusoe.

Tajlandia to zdecydowanie kraj, w którym warto się zestarzeć, zwłaszcza biorąc pod uwagę wysokość polskich emerytur. Ale gdyby nawet było mnie stać na życie w Monako – i tak zamieszkałabym w Tajlandii, bo czuję się w niej jak w domu. Sami sprawdźcie!

Zostaw nam kontakt, oddzwonimy!

[contact-form-7]

Artykuł Wakacje – Tajlandia pochodzi z serwisu Gap Travel.

]]>
Wakacje – Meksyk, Belize, Gwatemala https://gaptravel.net/wakacje-meksyk-belize-gwatemala/ Fri, 29 Mar 2019 14:48:29 +0000 https://gaptravel.net/?p=1981 Dokładne zwiedzenie tak ogromnego kraju, jakim jest Meksyk, w ciągu 2-3-tygodniowych wakacji, to zadanie bardzo trudne. Ale warto spróbować, bo kto był w Meksyku choć raz, na pewno podzieli moje zdanie, że to kraj niezwykły. Widziałam tyle stanowisk archeologicznych, że nie jestem w stanie ich wymienić. Moim ulubionym zdecydowanie zostało Palenque – przepięknie położone na wzgórzu, wśród lasów, rzek i wodospadów.

Artykuł Wakacje – Meksyk, Belize, Gwatemala pochodzi z serwisu Gap Travel.

]]>

Dokładne zwiedzenie tak ogromnego kraju, jakim jest Meksyk, w ciągu 2-3-tygodniowych wakacji, to zadanie bardzo trudne. Ale warto spróbować, bo kto był w Meksyku choć raz, na pewno podzieli moje zdanie, że to kraj niezwykły.

Miasta dawnych cywilizacji

Najciekawsze w Meksyku są pozostałości miast Majów, Azteków i Zapoteków. Widziałam tyle stanowisk archeologicznych, że nie jestem w stanie ich wymienić. Moim ulubionym zdecydowanie zostało Palenque – przepięknie położone na wzgórzu, wśród lasów, rzek i wodospadów. Ze szczytów piramid rozciąga się cudowny widok nie tylko na miasto Majów, ale i na okolicę. Pośród piramid i świątyń miasta Uxmal nie spacerowałam w towarzystwie innych turystów, lecz ogromnych jaszczurów, które upodobały sobie to miejsce. Jaszczurów jest mnóstwo. Są ogromne i tarasują przejścia. Wolałam nadrabiać drogi, niż próbować je przeganiać. Tulum może nie jest najbardziej okazałe, ale za to przepięknie położone – tuż nad błękitną wodą Oceanu Atlantyckiego, obok zatoczki z białą plażą. Nic dziwnego, że znajduje się na większości meksykańskich pocztówek.

Z kolei znane Chichén Itzá trochę mnie rozczarowało ogromną ilością turystów, ale nie można odmówić mu znaczenia – są tam piramida Kukulkána, która stanowiła kalendarz Majów, boisko do peloty – rytualnej gry w piłkę, której stawką mogło być królestwo, a nawet życie zawodników oraz cenoty, ukryte w pobliskiej dżungli i zalane wodą jaskinie, w których można zażywać kąpieli. Położone w pobliżu Mexico City azteckie Teotihuacán to największe miasto starożytnego Meksyku. Ogromne wrażenie zrobiły na mnie Piramida Słońca i Piramida Księżyca. To miejsce stanowiło plan filmowy wielu produkcji, m.in. jednego z moich ulubionych filmów o meksykańskiej malarce Fridzie Kahlo. Pamiętam także wspaniały smak grillowanego kaktusa, serwowanego w restauracji nieopodal.

Mexico City

Trzecia co wielkości metropolia świata. Szacuje się, że całe megalopolis to nawet 25 mln ludzi. Sądząc po korkach i ogromie miasta – jestem w stanie w to uwierzyć. Nie mogłam nie pójść na Zócalo – największy plac miasta i jeden z największych na świecie, a wieczorem na Plac Garibaldiego, gdzie koncertują liczni mariachi. Polecam nocleg w jednym z kolonialnych hoteli, pośrodku których znajduje się tradycyjne patio – co pozwala jeszcze lepiej poczuć atmosferę stolicy. Mówi się też, że Mexico City jest jednym z najniebezpieczniejszych miast świata i chyba coś w tym jest, bo najbardziej zdziwiło mnie, że ogromne miasto po zmroku zamiera. Ludzie po prostu zamykają się w swoich domach.

Kartele i narkotyki

W Veracruz, nadmorskim kurorcie obleganym przez meksykańskich, a nie zagranicznych turystów, jadałam śniadania w kafejce, gdzie można przejrzeć bieżącą prasę. Codziennie ukazywały się w niej drastyczne zdjęcia zabitych ludzi, głównie członków karteli narkotykowych – ot, taka lokalna „moda”, dla Europejczyków dość szokująca. Jakież było moje zdziwienie, gdy na zdjęciu zobaczyłam też pasażerów hummera, który zeszłej nocy jeździł wzdłuż nadmorskiej promenady. W czasie obiadu w jednej z restauracji gdzieś w stanie Chiapas podeszło do nas dwóch rosłych Meksykanów i zaczęli rozkładać na stoliku różne rodzaje narkotyków. I tak między zupą a daniem głównym musiałam grzecznie odmówić spróbowania zaproponowanego „deseru”. Trzeba było wykazać się sporą dyplomacją, gdyż, delikatnie mówiąc, panowie nie wyglądali najsympatyczniej, a broń zwisająca u ich boku jednoznacznie wskazywała, że nie są pacyfistami.

Belize

Będąc na Jukatanie, który kusi pięknymi plażami, lazurową wodą i wspaniałymi hotelami, postanowiliśmy udać się do Belize – angielskojęzycznej enklawy graniczącej z Meksykiem. Udało mi się przekonać służby graniczne, że nasze wypożyczone auto ma zezwolenie, by opuścić Meksyk. To była nieprawda, lecz strażnik, przejrzawszy kilka pierwszych stron umowy z wypożyczalni (z kilkunastu zapisanych drobnym druczkiem) poddał się i wpuścił nas do Belize. Ta sztuczka udała mi się jeszcze parokrotnie przy przekraczaniu granic na trasie Meksyk-Belize-Gwatemala.

Gwatemala

To Gwatemala była naszym celem i niesamowite miasto Majów – Tikál, które pobiło na głowę wszystkie dotychczasowe. Tam właśnie, siedząc na szczycie świątyni Jaguara, słuchając odgłosów spacerujących wokół dzikich zwierząt i podziwiając ciągnący się po horyzont las deszczowy, poczułam niezwykłą, mistyczną atmosferę dawnej cywilizacji. Przysięgłam sobie, że muszę tam jeszcze wrócić. Noc spędziliśmy w niedalekim, uroczym miasteczku Flores, położonym na wyspie pośrodku jeziora. Co za klimat! Aby dostać się do stolicy, musieliśmy pokonać góry i jedną z najniebezpieczniejszych dróg na świecie. Uwielbiam jeździć samochodem, ale czegoś takiego jeszcze nie przeżyłam: serpentyny na skraju przepaści (oczywiście bez zabezpieczeń), osuwające się na drogę skały i ścigające się lokalne autobusy. Koszmar każdego kierowcy! Autobusy były przeładowane bagażami i ludźmi, którzy siedzieli także na dachach i zwisali po bokach. Kierowcy nie raczą się zatrzymywać na przystankach, tylko zwalniają – pasażerowie wyskakują, a ich bagaże wyrzucane są na pobocza.

Egzotyka w czystej postaci! Antiqua, dawna stolica położona u podnóża 3 wulkanów, w tym jednego wciąż aktywnego, to piękne kolonialne miasto z mnóstwem brukowanych uliczek, kolorową zabudową, mieszkańcami chodzącymi w tradycyjnych strojach i niesamowitym klimatem. Znana jest ze szkół hiszpańskiego, do których ściągają obcokrajowcy. Czy może być lepsze miejsce do nauki tego pięknego języka? Jak dla mnie – nie!

Viva la Mexico… y Guatemala!

Artykuł Wakacje – Meksyk, Belize, Gwatemala pochodzi z serwisu Gap Travel.

]]>
Kitesurfing – gdzie się uczyć, jakich miejsc unikać? https://gaptravel.net/kitesurfing-gdzie-sie-uczyc-jakich-miejsc-unikac/ Sat, 02 Feb 2019 12:12:44 +0000 https://gaptravel.net/?p=1916 Kitesurfing – gdzie się uczyć, jakich miejsc unikać? Kiedy już spotkasz innego kitesurfera albo kandydata na potencjalnego kitesurfera (bo właśnie taki osobnik zaczyna i bierze swoje pierwsze lekcje) w pięknych okolicznościach przyrody – na spocie po super sesyjce na wodzie, czy wieczorem przy drinku podziwiając zachód słońca na plaży, czy też w zdecydowanie mniej pięknych okolicznościach przyrody – taszcząc ogromnego quivera z sprzętem na lotnisku, po krótkim jak to mówią Anglicy „small talk” ZAWSZE pada to pytanie – „Jak długo już pływasz?!”

Artykuł Kitesurfing – gdzie się uczyć, jakich miejsc unikać? pochodzi z serwisu Gap Travel.

]]>

Nauka na cudzych błędach

Kiedy już spotkasz innego kitesurfera albo kandydata na potencjalnego kitesurfera (bo właśnie taki osobnik zaczyna i bierze swoje pierwsze lekcje) w pięknych okolicznościach przyrody – na spocie po super sesyjce na wodzie, czy wieczorem przy drinku podziwiając zachód słońca na plaży, czy też w zdecydowanie mniej pięknych okolicznościach przyrody – taszcząc ogromnego quivera z sprzętem na lotnisku, po krótkim jak to mówią Anglicy „small talk” ZAWSZE pada to pytanie – „Jak długo już pływasz?!”

Pytanie wydawałoby się dziecinnie proste, ale jednak nie… Bo czy można powiedzieć, że jesteś już kitesurferem od 3 lat skoro, właśnie 3 lata temu byłeś na Sardynii, gdzie pierwszy raz w swoim życiu wykupiłeś 10 godzinny kurs i w ostatniej godzinie udało Ci się przepłynąć pierwsze 50 m. Po roku pojechałeś do Egiptu i tym razem było zdecydowanie lepiej, bo takich przepłynięć było już kilkanaście, a jedno to miało nawet ba! z 150 metrów. Oczywiście wciąż dzielnie maszerowałeś w górę wiatru po plaży, bo o płynięciu pod wiatr można było sobie tylko pomarzyć. Przez ostatni rok jakoś tak się złożyło, że nie było czasu na wyjazd, bo praca, wesele kuzynki no i trzeba było zainwestować w nowy samochód. A więc widzicie już, że odpowiedź na to pytanie przeważnie nie będzie zwięzła i prosta.

Człowiek najlepiej uczy się na swoich błędach, ale żeby zaoszczędzić Wam trochę czasu i kasy sugeruję pouczyć się trochę na cudzych błędach – w tym przypadku na moich 🙂

Około dwóch lat temu pojechałam na Dominikanę – wyjazd typowo turystyczny, trochę plażingu, zwiedzania i podobnych atrakcji. Któregoś dnia dotarłam do Cabarete na słynną kite beach – mekkę kitesurferów z całego świata – dziesiątki (a może setki!) kajtów robiły wrażenie. Skoki, niesamowite ewolucje wykonywane przez tamtejszych kajciarzy wyglądały świetnie i ….prosto (dopiero później dowiedziałam się, że w wodzie są najlepsi zawodnicy, a nawet sam mistrz świata!, ale wtedy już było za późno…). Postanowiłam zatem spróbować, na tamtym spocie szkółek jest sporo, wybrałam jedną z nich i wykupiłam kurs.

Całkowicie przez przypadek przydzielono mi polskiego! instruktora – „ale szczęście” pomyślałam, bo jak się dowiedziałam później jest tylko dwóch polskich instruktorów w Cabarete i jeden trafił się właśnie mi. Zawsze to jednak lepiej uczyć się w swoim ojczystym języku. No to zaczynamy – przez pierwsze dni przerobiliśmy teorię, sterowanie latawcem, body dragi (body drag – pływanie w wodzie z latawcem, ale bez deski na nogach) i wszystko szło świetnie – „zgodnie z planem” jak mówił instruktor. Ostatnie godziny przeznaczone były na pierwsze starty z wody i tu zaczęły się prawdziwe schody…

Okazało się, że same założenie deski na głębokiej i zafalowanej wodzie jest sporym wyzwaniem – gdy już udało mi się założyć deskę to kajt trzymany tylko jedną ręką spadał do wody i na odwrót, gdy kajta udało mi się utrzymać w powietrzu fala wyrywała mi deskę i wyrzucała w całkiem innym miejscu… W jednym i drugim przypadku oznaczało to dość długie przygotowanie do kolejnej próby startu – albo pływanie za deską po morzu albo co gorsze – ponowne startowanie kajta na plaży, bo gdy kajt spadał do wody, wpadała w niego fala i kajt przeciągał mnie pod wodą w stronę plaży z każdorazowym czyszczeniem zatok… Wtedy pomyślałam „a mogłam leżeć na plaży, smarować się olejkiem i sączyć drinka z parasolką”… Instruktor starał się pomagać, ale uwieszony z tyłu na moim trapezie miał ograniczone pole manewru, zresztą jego często też zmywała fala.

Wtedy nie miałam tej świadomości, ale teraz gdy mam już trochę doświadczenia moja rada numer jeden brzmi – nigdy nie wybieraj do nauki głębokich miejsc, a co jeszcze gorsze również zafalowanych! To jakby początkującego narciarza wysłać na czarną trasę – w końcu pewnie jakoś dostanie się na dół stoku, ale potłuczony, wystraszony i zniechęcony, a co najgorsze nie zrobi zbyt dużego postępu. Na głębokiej wodzie, gdy pójdzie coś nie tak (a na początku na pewno pójdzie coś nie tak i to wielokrotnie!), „ogarnianie się” do kolejnego startu może trwać nawet 10-20 minut, zatem w ciągu swojej godzinnej lekcji będziesz miał okazję wystartować zaledwie kilka razy.

Na płytkiej i płaskiej wodzie, gdy zgubisz deskę możesz zwyczajnie po nią podejść – zero filozofii, a gdy spadnie latawiec – dużo łatwiej jest go wystartować zapierając się nogami o dno. Twój instruktor też będzie bardziej pomocny, gdy będzie stał obok Ciebie, a nie dryfował obok Ciebie… Do tego fala nie wpadnie w Twój latawiec, więc masz pewność, że będziesz się uczył kitesurfingu, a nie nurkowania… Mając tak komfortowe warunki w ciągu godzinnej lekcji zaliczysz 20-30 prób startu, a nie kilka – więc sam sobie odpowiedz na pytanie w których warunkach Twój postęp w nauce będzie szybszy.

Tak czy owak udało mi się w końcu zaliczyć w Cabarete swój pierwszy prawidłowy start i co najważniejsze przepłynęłam przez całą długość kite beach! Wtedy poczułam jak wspaniałe jest to uczucie i że ten cały wysiłek był tego wart. Moja radość nie trwała jednak zbyt długo – kolejnego dnia czekała mnie samolot powrotny do domu. Minęło dokładnie pół roku gdy po raz kolejny miałam styczność z kitesurfingiem – przyjęłam zaproszenie kolegi, który pracował jako instruktor kitesurfingu w lokalnej szkółce na Majorce. Majorkę uwielbiam, to nie była moja pierwsza wizyta na tej wyspie, więc podekscytowana poleciałam do Puerto de Alcudia.

I tutaj czas na radę numer dwa – nie wybierajcie miejsc, gdzie wieje bardzo słabo lub bardzo mało. Mimo, że wyjazd zaliczam do udanych, bo pogoda była świetna, a wyspa ma wiele pięknych miejsc zarówno przyrodniczych, jak i starych, zabytkowych miasteczek, do tego poznałam dużo fajnych ludzi. Poznałam ich głównie stojąc w wodzie… Woda była płytka, fal nie było, ale nie było także…wiatru, który jak wiadomo jest niezbędny do tego sportu. Przy bardzo słabym wietrze bardzo trudno utrzymać kajta w powietrzu, a jeszcze trudniej wystartować go z wody, więc tak sobie stałam godzinami w wodzie z innymi uczącymi się i ciągnęliśmy za linki… Trwało to tak długo, że skóra na dłoniach zaczęła się przecierać, miejscami nawet do krwi. Poznaliśmy wiele technik jak można usprawnić ten proces, a to podbiegać, a to ciągnąć równocześnie za 2 linki wewnętrzne itd. i przede wszystkim poznaliśmy jak być niezwykle cierpliwym…

Tak, cierpliwość to jest główna rzecz jakiej nauczyłam się na na tym spocie kitesurfingowym. Polecam Wam Majorkę, bo jest super wyspą, ale na naukę kitesurfingu wybierzcie inne miejsce. Sprawdzajcie statystyki wiatrowe zanim wybierzecie miejsce i termin wyjazdu kitesurfingowego – możecie to zrobić np. na popularnym portalu windguru.cz (o tym jak czytać te tabelki może innym razem).

Po dwóch miesiącach wybrałam się wraz z moim kolegą, który był na takim samym etapie kitesurfingowej przygody jak ja (czyli chcący, ale jeszcze nie pływający) na weekend na Hel. Jak to nad naszym polskim przywitała nas typowo letnia pogoda czyli 8 stopni na plusie i deszcz. Fakt faktem wiało i to dobrze, ale jakoś to nie przekonało nas do wejścia do wody. Niedziela za to okazała się słoneczna, wietrzna i jak na nasze warunki ciepła (chyba z 19 stopni na plusie), była to nasza ostatnia szansa, więc z entuzjazmem ruszyliśmy na wodę – sami, bez instruktora, stwierdziliśmy, że sobie poradzimy.

Pierwszy raz doświadczyłam, że warunki mogą być tak proste – płytko, płasko, odpowiedni wiatr – od razu wstałam i popłynęłam i tak wiele razy, nawet udało mi się wykonać swój pierwszy zwrot i to wszystko w zaledwie 2 godziny! Od tego czasu nazywam naszą zatokę przedszkolem 🙂
I tutaj znów potwierdza się rada numer jeden dla uczących się: NIE dla głębokiej i pofalowanej wody, TAK dla płytkiej i płaskiej wody. Już po 2 tygodniach wylądowałam na kolejnym spocie – na greckiej wyspie Kos. Już wiedziałam, że jest głęboko i są fale, ale że znalazłam się tutaj trochę przez przypadek (kolega zaoferował darmowe noclegi, więc żal było nie skorzystać) to postanowiłam spróbować raz jeszcze i po raz kolejny zmierzyć się z siłami natury.

Fale były na tyle duże przy brzegu, że aby wejść do wody z deską trzeba było się z nimi dość dobrze zapoznać…czyli liczyć fale. Fale przeważnie przychodzą w jakiejś sekwencji np. fala duża – fala mała – fala duża i właśnie na taką małą falę trzeba było „zapolować” i szybko wejść do morza zanim jej duża koleżanka nas powali. Radziłam sobie zdecydowanie lepiej niż na Dominikanie, natomiast momentami mój koszmar powracał – pływanie w poszukiwaniu zgubionej deski było trudne – ciężko ją było dostrzec pomiędzy falami, a nie ułatwiał tego fakt, że słona woda zalewała mi oczy.

Kulminacyjnym momentem wyjazdu było wysłanie po moją osobę motorówki ratunkowej. Instruktorzy mówili „nie płyń za latarnię, bo tam zaczyna się wiatr off shore” (czyli wiatr od brzegu) i oczywiście posłuchałam ich rady, ale wtedy nie posiadałam jeszcze 100% umiejętności „płynę gdzie chcę”, ale niestety czasem płynęłam tam gdzie mnie wiatr i kite poniesie. No i popłynęłam, oczywiście za latarnię i pech chciał, że mój kite spadł do wody i przekręcił się w taki sposób, że nie sposób już go było uratować. Wtedy zaczęły się prawdziwe kłopoty – zaczęłam dryfować w stronę Turcji…

Bez kamizelki ratunkowej (jej brak to już moja głupota) starałam się utrzymać na powierzchni i czekałam na pomoc – w głowie kłębiły mi się różne myśli „Czy odpiąć się od latawca i wrócić wpław do brzegu czy lepiej zostać z nim, bo jest kolorowy i lepiej widoczny?”, „Czy ktoś w ogóle zauważył, że mam kłopoty i ma zamiar po mnie przypłynąć?”, „Jak się robi self rescue?” (było o tym na kursie, ale w tym momencie nie mogłam sobie nic przypomnieć…) i główna myśl „Nie panikuj!!!”. A paniki byłam bliska, bo co chwilę dostawałam falą i krztusiłam się wodą. To trwało 20 minut, ale dla mnie to była cała wieczność – wydawało mi się, że już tam co najmniej 2 godziny dryfuję…

Domyślacie się, że tego dnia już do morza nie weszłam, natomiast już kolejnego dałam się przekonać (chęć spróbowania kolejny raz jednak wygrała), za to z pełnym ekwipunkiem – ubrana w kask i kamizelkę ratunkową. Na tym wyjeździe pewnie zrobiłam postęp, bo każda godzina w wodzie czegoś nas uczy, jednakże dalej konsekwentnie będę się trzymać rady numer jeden – wiecie jakiej. Po kolejnym miesiącu nastała wiekopomna chwila – pojechałam z grupą znajomych na Sycylię i to zmieniło moje kitesurferowe życie. To właśnie na spocie w Lo Stagnone stałam się samodzielnym kitesurferem – w tej ogromnej, płytkiej, płaskiej zatoce nauczyłam się naprawdę pływać – nauczyłam się zwrotów i nauczyłam się pływać pod wiatr i w końcu płynęłam tam gdzie ja chcę! Wtedy też zaczęłam czerpać prawdziwą przyjemność z kitesurfingu, zrozumiałam że to może być niesamowita przyjemność.

Potem zaliczyłam cudowny spot na Kubie i już nie wyobrażałam sobie wyjazdu bez deski. Czarnogóra, Kreta, Egipt wszędzie taszczyłam ze sobą latawce, aż w końcu zainwestowałam w własny sprzęt. Ostatnio byłam na Sri Lance – zorganizowałam wyjazd kitesurfingowy, mimo że warunki do nauki są tam idealne można też znaleźć także miejsca z falami i wiecie co – te fale mi się spodobały! Tak, mi! Nie były to zbyt duże fale, ale jednak – można na nich się lekko wybić, podskoczyć lub objechać slalomem. Czyli jednak fale nie są takie złe, ale dawkowane w odpowiedniej kolejności i rozmiarze.

Instruktorzy mówią, że trzeba umieć pływać w każdych warunkach – zgadzam się z nimi w 100%, ale nie dajcie sobie wmówić, że pierwsze kroki w Wietnamie (duża fala!) to super pomysł, a Hel jest dla lamusów, zaczynajcie od łatwych miejsc, a później podnoście sobie poprzeczkę. Nie traćcie czasu i kasy na takie spoty, później tam pojedziecie jako wytrawni kitesurferzy i docenicie bardziej wymagające warunki, które wyniosą Was na jeszcze wyższy level.

Zostaw nam kontakt, oddzwonimy!

[contact-form-7]

Artykuł Kitesurfing – gdzie się uczyć, jakich miejsc unikać? pochodzi z serwisu Gap Travel.

]]>
Wakacje – Kuba https://gaptravel.net/wakacje-kuba/ Mon, 07 Jan 2019 12:49:11 +0000 https://gaptravel.net/?p=1206 Kuba to oczywiście przepiękne plaże, takie jak na półwyspie ze słynnym Varadero, w którym niegdyś wypoczywali znani tego świata, m.in. Al Capone, czy rajskie wysepki Cayo Santa Maria i Cayo Coco. Jednakże piękne plaże ma do zaoferowania wiele zakątków świata, ale taki klimat i atmosferę znajdziemy tylko na Kubie.

Artykuł Wakacje – Kuba pochodzi z serwisu Gap Travel.

]]>

Za sprawą ocieplenia stosunków ze Stanami Zjednoczonymi Kuba jest ostatnio na językach świata. Jak taka historyczna zmiana wpłynie na warunki życia na wyspie – jeszcze nie wiadomo, ale lepiej dmuchać na zimne i jak najszybciej zwiedzić ten niezwykły kraj, nim być może bezpowrotnie utraci swój niepowtarzalny charakter.

Kuba to oczywiście przepiękne plaże, takie jak na półwyspie ze słynnym Varadero, w którym niegdyś wypoczywali znani tego świata, m.in. Al Capone, czy rajskie wysepki Cayo Santa Maria i Cayo Coco. Jednakże piękne plaże ma do zaoferowania wiele zakątków świata, ale taki klimat i atmosferę znajdziemy tylko na Kubie.

Będąc na Kubie, cofnęłam się w czasie, głównie za sprawą oldschoolowych samochodów, które dumnie i z niezwykłą gracją przemierzają ulice. Amerykańskie klasyki z lat 40. i 50., buicki, cadillaki, chryslery czy fordy, są w większości w świetnym stanie – błyszczące płetwy na karoserii i wypolerowane gadżety na masce robią wrażenie. Musimy skorzystać z okazji i przejechać się takim oldtimerem – wystarczy zagadnąć miejscowych i za parę peso będziemy podziwiać krajobraz z wnętrza krążownika szos. Nie mogę nie wspomnieć o polskim akcencie – na wyspie widziałam więcej naszych maluszków fiat 126p, niż obecnie można spotkać na naszych ulicach.

W nas, Polakach, Kuba jako kraj komunistyczny wzbudza jeszcze większe emocje. Gdy krążyłam po uliczkach miast i miasteczek, moje zainteresowanie wzbudzały lokalne sklepy – jak u nas za dawnych czasów: puste półki, długie kolejki. Tu „rzucili” proszek do prania, tam coś innego, apteka z rzędami identycznych buteleczek jak za dawnych czasów. Oczywiście są też sklepy na wzór naszych dawnych Pewexów – dobrze zaopatrzone w ogólnoświatowe dobra. Można w nich płacić peso convertible, które jest uznane za walutę tylko na Kubie, jednakże Kubańczycy zarabiają w peso kubańskim i – jak możemy się domyślić – wymiana kosztuje krocie. Sama przekonałam się o tym, kupując paczkę orzeszków u lokalnego sprzedawcy. Nieświadoma, zapłaciłam mu peso convertible, a pan chciał mi za to dać… cały swój stragan z orzeszkami! Taka jest właśnie jego wartość.

Podróżując po Kubie, warto nocować w casas particulares, czyli po prostu domach zwykłych ludzi, którzy mają pokoje do wynajęcia. To najlepszy sposób, by poznać lokalne zwyczaje. Ja zatrzymałam się w takim przybytku u przemiłego małżeństwa Marii i Jose w kolonialnym budynku w samym centrum Trinidadu. Mimo że nie mówię po hiszpańsku, a oni po angielsku, spędziliśmy sporo czasu na rozmowach. Dowiedziałam się m.in., że rząd pozwala im wynajmować tylko 2 pokoje – za większą ilość są kary. Sam Trinidad okazał się moim ulubionym miejscem na wyspie. Brukowane uliczki, niskie, pastelowe, kolonialne domy i liczne dorożki przemierzające miasto. Wieczorem zaś uliczki rozbrzmiewają dźwiękami salsy. Jak na tak niewielkie miasteczko miejsc, w których możemy posłuchać i oczywiście potańczyć salsę, jest sporo. Najbardziej znane są – uwaga! – schody przed słynnym Casa de la Musica. Tam zawsze znajdą się chętni, by za darmo nauczyć paru kroków przybyłych gringos. Rano Jose, który kiedyś był barmanem w jednym z modnych hoteli w Varadero, zaserwował na swoim patio najlepsze śniadanie, jakie kiedykolwiek jadłam, m.in. świeży sok z papai, pieczywo własnego wypieku i mnóstwo pyszności. Taka właśnie jest kubańska gościnność!

Oczywiście punktem obowiązkowym na mojej trasie była Hawana. Starówka, wpisana na listę UNESCO, jest dobrze utrzymana. Z wielką przyjemnością spacerowałam po kolonialnych uliczkach i słynnym Plaza de Armas oraz podziwiałam XVI-wieczne fortyfikacje. Plac Rewolucji, na którym Fidel Castro miał zwyczaj wygłaszać swoje wielogodzinne przemówienia, rozbudza wyobraźnię. Natomiast słynny nadmorski bulwar El Malecon to miejsce spotkań lokalnych mieszkańców, głównie zakochanych par – warto przespacerować się nim o zachodzie słońca. Kolację zjadłam w restauracji, w której Fidel Castro i Che Guevarą prowadzili przesądzające zapewne o losach kraju rozmowy, co upamiętnia pożółkła fotografia na ścianie.

Na koniec mojej wizyty w Hawanie w barze El Floridita, w którym chętnie przesiadywał Ernest Hemingway, wypiłam jego ulubionego drinka, daiquiri – oczywiście na bazie lokalnego rumu z dodatkiem limetki i syropu cukrowego. Wokół unosił się dym ze słynnych kubańskich cygar, a w tle rozbrzmiewały dźwięki Buena Vista Social Club… Wpadajcie na Kubę!

Artykuł Wakacje – Kuba pochodzi z serwisu Gap Travel.

]]>
Wakacje – Kenia https://gaptravel.net/wakacje-kenia/ Sat, 03 Nov 2018 12:29:59 +0000 https://gaptravel.net/?p=1190 Niesamowite widoki – bujna roślinność, biały piasek i lazurowe morze, przemili ludzie. Dla mnie największą atrakcją wypoczynku były wszędobylskie małpy, które panoszyły się na terenie hotelu. Obserwowanie ich wyczynów zastępowało inne atrakcje. Jeżeli ktoś oglądał choć jeden odcinek programu „Małpi gang”, to wie o czym mówię. Tutaj mamy wersję live – małpy podkradają jedzenie z talerzy, siedzą na leżakach, przeglądając zawartość toreb plażowych, zaglądają przez szybę do naszych pokoi, a wszystko robią z niezwykłym sprytem i pomysłowością.

Artykuł Wakacje – Kenia pochodzi z serwisu Gap Travel.

]]>

Z reguły nie jeżdżę dwa razy w to samo miejsce, bo świat ma do zaoferowania tak wiele pięknych zakątków. Są jednak wyjątki od reguły. Tym wyjątkiem jest Kenia. Moja wizyta w tym afrykańskim kraju – wydawać by się mogło – zaczęła się banalnie, od wypoczynku w jednym z nadmorskich kurortów. Jednak pobyt na Diani Beach, najpiękniejszej plaży Kenii, wcale banalny nie był, mimo że hotele w tej części stanowią swoistą enklawę, a wychodząc poza nie, możemy jedynie spotkać małpy siedzące na skraju drogi (niektóre tak duże, że budzą nasz niewymuszony respekt). A dalej jest już tylko dżungla.

Niesamowite widoki – bujna roślinność, biały piasek i lazurowe morze, przemili ludzi. Dla mnie największą atrakcją wypoczynku były wszędobylskie małpy, które panoszyły się na terenie hotelu. Obserwowanie ich wyczynów zastępowało inne atrakcje. Jeżeli ktoś oglądał choć jeden odcinek programu „Małpi gang”, to wie o czym mówię. Tutaj mamy wersję live – małpy podkradają jedzenie z talerzy, siedzą na leżakach, przeglądając zawartość toreb plażowych, zaglądają przez szybę do naszych pokoi, a wszystko robią z niezwykłym sprytem i pomysłowością. W hotelu był także „odstraszacz małp”. Wyposażony w najzwyklejszą procę i parę kamyków starał się przegonić co bardziej zuchwałe osobniki.

Prawdziwa przygoda zaczęła się, gdy autem udaliśmy się w głąb kraju. Już pierwszego dnia rzeczywistość zweryfikowała nasze śmiałe plany dotarcia pod ośnieżony masyw Kilimanjaro. Wyposażeni w mapę, przewodnik i dużo zapału odkryliśmy, że, po pierwsze, w Kenii są tylko dwie asfaltowe drogi, a więc trasę 300 km pokonywaliśmy cały dzień po uklepanej, dziurawej drodze, w tumanach czerwonego kurzu i podskakując na fotelach jak piłeczki. Po drugie, przewodniki kłamią: przygraniczna Taveta wcale nie jest wzrastającą metropolią, a jedynie prowincjonalną mieściną bez asfaltu i ze stacją benzynową składającą się z baniaków z benzyną. Hotele opisane w przewodniku albo nie istniały od wielu lat albo te oznaczone jako ze średniej półki składały się po prostu z zadaszenia na klepisku. Następnego dnia rano nie udało nam się wjechać do Tanzanii, bo nasz samochód nie posiadał odpowiednich zezwoleń, o czym oczywiście dobrze wiedzieliśmy, ale że w przeszłości już kilkakrotnie bez odpowiednich papierów ta sztuka nam się udawała, liczyliśmy na kolejny łut szczęścia. Zawróciliśmy i mijając wioski Masajów, dotarliśmy do bramy największego parku narodowego Kenii – Tsavo. I tutaj dowiedzieliśmy się prawdy numer trzy: nikt na własną rękę, swoim samochodem, nie jeździ na safari (odbywa się tylko w zorganizowanych grupach) i nie przy każdej bramie do parku można kupić zezwolenie na wjazd. Przekonaliśmy strażnika, by jednak wpuścił nas do środka, obiecując, że się nie zgubimy, a zezwolenie kupimy przy wyjeździe. Udało się – i wtedy zaczęła się prawdziwa magia Kenii.

Tsavo to najbardziej różnorodny park narodowy: trawiaste sawanny, pagórki, wulkaniczne formacje, ogromne baobaby górujące na horyzoncie, sceneria rodem z „Pożegnania z Afryką”. No i co najważniejsze – zwierzęta. Stada zebr, ciekawskie żyrafy zaglądające do samochodu, niezliczone gatunki antylop, od zupełnie malutkich, niewiele większych od ratlerków, po ogromne, wielkości dorosłego konia. No i oczywiście reprezentanci tzw. Wielkiej Afrykańskiej Piątki: bawoły, słonie, nosorożce, lwy i lamparty. I to wszystko na wyciągnięcie ręki. Dotarliśmy także do miejsca zwanego Mzima Springs, czyli malutkiego jeziorka, w którym wylegują się liczne hipopotamy i krokodyle. Największą zaletą parku jest to, ze przez cały dzień jazdy po nim spotkaliśmy tylko 2 inne samochody. Noc spędziliśmy w lodge, specjalnej kwaterze (na obszarze prawie 23 tys. km kw. jest ich kilka), co było wspaniałym przeżyciem. Po zapadnięciu zmroku strażnik z bronią (na wypadek ataku drapieżnika) z naszego domku zaprowadził nas do restauracji, oczywiście na świeżym powietrzu, a jedząc posiłek, obserwowaliśmy liczne zwierzęta, które zwabione światłem podchodziły pod sam taras. Odwiedziła nas także rodzina hipopotamów, która nocą wyruszyła na żer. Afryka w czystej postaci! Aby zmrużyć oko w parkowej lodge trzeba mieć naprawdę mocny sen. Noc w kenijskiej dziczy jest bardzo głośna – dokoła nas wszystko huczało, odgłosy wydawane przez zwierzęta ukryte w ciemnościach uruchamiały naszą wyobraźnię.

Po kilku dniach w parku udaliśmy się do nadmorskiego miasta Malindi, które w przeciwieństwie do innych kurortów tętni życiem lokalnych mieszkańców. Spędziliśmy tam święta Bożego Narodzenia. Właściciel malutkiego hotelu stanął na wysokości zadania i zorganizował wspaniałą Wigilię nad basenem. Były owoce morza, choinka i kameralna atmosfera w międzynarodowym gronie. Sylwestra postanowiliśmy spędzić na malutkiej wyspie Lamu. Tuk-tukiem wyruszyliśmy na na lokalne lotnisko, które było niczym więcej jak jedną budką ustawioną w środku pola. Lot dostarczył niezwykłych wrażeń (drzwi do kabiny pilota wypadły w trakcie!), a pasażerowie mogli przez przednią szybę oglądać lądowanie. Nie polecam osobom o słabych nerwach. Jadąc po pasie, omijał dziury tak dużej wielkości, że takich już nie spotyka się na polskich drogach.

Na Lamu czas się zatrzymał. Na wyspie nie ma samochodów, środkiem komunikacji są osiołki, bo tylko one mieszczą się w labiryncie wąskich uliczek. Same miasteczko Lamu jest niezwykłe, wpisane na listę UNESCO. Gąszcz uliczek, starych budynków i malutkich meczetów, życie płynie jak za dawnych lat. Gdy nadszedł wieczór sylwestrowy, chcieliśmy uczcić szampanem to, że możemy tę noc spędzać w tak wspaniałym miejscu, ale okazało się, że na wyspie panuje… prohibicja. Zagadnęliśmy właściciela hoteliku i po pełnym konspiracji spotkaniu dostaliśmy informację, że może uda się coś załatwić, ale musimy zachować pełną dyskrecję. Nadeszła kolacja sylwestrowa, właściciel przyniósł swoją zdobycz – butelkę białego wina. Czytamy etykietę: „Wyprodukowano i rozlewano w Polsce”.

Artykuł Wakacje – Kenia pochodzi z serwisu Gap Travel.

]]>
Wakacje – Dominikana https://gaptravel.net/wakacje-dominikana/ Fri, 21 Sep 2018 11:49:59 +0000 https://gaptravel.net/?p=1209 Dominikana, a w zasadzie Bavaro Beach na słynnym wybrzeżu Punta Cana, od lat zdobywa czołowe miejsca w rankingach na najlepsze plaże świata. Gdy pierwszy raz stanęłam na tej słynnej plaży, zrozumiałam dlaczego. Ciągnie się kilometrami, jest szeroka, o białym i miękkim jak mąka piasku, łagodnie opada do morza. Jednak największego uroku dodają jej niezliczone palmy kokosowe, które ją otaczają, a w zasadzie „kładą się” na piasku, tworząc pocztówkowy krajobraz. Czy może być lepsze miejsce na leniwe, beztroskie wakacje?

Artykuł Wakacje – Dominikana pochodzi z serwisu Gap Travel.

]]>

Dominikana, a w zasadzie Bavaro Beach na słynnym wybrzeżu Punta Cana, od lat zdobywa czołowe miejsca w rankingach na najlepsze plaże świata. Gdy pierwszy raz stanęłam na tej słynnej plaży, zrozumiałam dlaczego. Ciągnie się kilometrami, jest szeroka, o białym i miękkim jak mąka piasku, łagodnie opada do morza. Jednak największego uroku dodają jej niezliczone palmy kokosowe, które ją otaczają, a w zasadzie „kładą się” na piasku, tworząc pocztówkowy krajobraz. Czy może być lepsze miejsce na leniwe, beztroskie wakacje?

Przy tej przepięknej plaży ulokowały się ogromne hotelowe resorty światowych sieci, które są w stanie zaspokoić najbardziej wyszukane gusta. Mimo że hotele liczą nawet tysiąc pokojów, na szczęście mają niską zabudowę, która wtapia się w palmowe gaje, co pozwala zachować karaibski klimat.

Niektórzy twierdzą, że Dominikana to tylko plaża i komercja, i że nie ma tam nic ciekawego do zobaczenia. Takie teorie głoszą przeważnie osoby, które nigdy nie odwiedziły tego pięknego kraju. Nie zgadzam się z takimi opiniami. Wyjechałam zaledwie parę kilometrów poza Punta Cana i już byłam w zupełnie innym świecie – na prawdziwej karaibskiej wyspie. W małych wioskach zobaczyłam autentyczne, leniwie płynące życie lokalsów, nieskażone masową turystyką, stragany z suszonym mięsem i owocami oraz dzieci jeżdżące na osiołkach.

Odwiedziłam też stolicę Santo Domingo, najstarsze miasto z europejskim rodowodem w obu Amerykach. Przepiękna kolonialna starówka, wpisana na listę UNESCO, ze słynną ulicą El Conde, skłoniła mnie, by przenocować w lokalnym hoteliku i chłonąć klimat tego miejsca. Bo oprócz ciekawych kolonialnych budowli i portu, najbardziej urzekła mnie właśnie atmosfera. Włócząc się po mieście, podglądałam życie mieszkańców, które toczy się na ulicach: bawiące się dzieci, dziadków grających w domino, a wieczorem ludzi wychodzących przed domy ze swoimi instrumentami, grających, śpiewających i tańczących merengue. Wieczór zakończyłam w pubie, kibicując reprezentacji Dominikany w baseballowym starciu. To sport narodowy, więc było głośno, wesoło, z mnóstwem emocji.

Kolejnego dnia rano odwiedziłam jeszcze trzy tajemnicze groty skalne Los Tres Ojos, znajdujące się na terenie miasta, i udałam się w stronę Altos de Chavón, miasteczka zbudowanego z koralowca przez lokalnego przedsiębiorcę na wzór śródziemnomorski w latach 70. Stamtąd rozpościera się piękny widok na rzekę Rio Chavon i pola golfowe, które mają świetną renomę wśród miłośników tego sportu.

Półwysep Samana, gdzie można obserwować wieloryby, wspaniały wodospad El Limon, jaskinie Indian Taino, Park Los Haitises z lasem namorzynowym – to inne atrakcje Dominikany. Czyż nie wystarczy ich na 2-tygodniowe wakacje? Dominikana to raj dla plażowiczów, ale jak widać – zapalony podróżnik też znajdzie tam coś dla siebie. Można zatem połączyć wypoczynek w luksusowym hotelu z poznaniem autentycznych wartości kraju. I właśnie Dominikana jest tego idealnym przykładem.

Zostaw nam kontakt, oddzwonimy!

[contact-form-7]

Artykuł Wakacje – Dominikana pochodzi z serwisu Gap Travel.

]]>
Wakacje – Południowy Wietnam i Kambodża https://gaptravel.net/wakacje-poludniowy-wietnam-i-kambodza/ Tue, 12 Jun 2018 13:53:52 +0000 https://gaptravel.net/?p=2009 Nowoczesne centrum Sajgonu z drapaczami chmur powitało mnie niezliczoną ilością świątecznych dekoracji. Sklepy prześcigały się między sobą, ustawiając ogromne szopki, ruszające się renifery i mikołaje autentycznych rozmiarów. To osobliwe zjawisko, zważywszy, że chrześcijanie stanowią zaledwie 8% ludności.

Artykuł Wakacje – Południowy Wietnam i Kambodża pochodzi z serwisu Gap Travel.

]]>

Good morning, Vietnam! Nowoczesne centrum Sajgonu z drapaczami chmur powitało mnie niezliczoną ilością świątecznych dekoracji. Sklepy prześcigały się między sobą, ustawiając ogromne szopki, ruszające się renifery i mikołaje autentycznych rozmiarów. To osobliwe zjawisko, zważywszy, że chrześcijanie stanowią zaledwie 8% ludności. Utwór Jingle Bells słyszałam na każdym rogu, a nawet w korytarzu hotelowym. Dodam, że był odtwarzany raz za razem, co było dość upiorne.

Ale Sajgon! – już wiem, skąd wzięło się to powiedzenie. Nigdy nie widziałam tylu skuterów jednocześnie! Tysiące jednośladów prześcigających się między sobą, wyprzedzających na drugiego, a nawet trzeciego, jadących pod prąd, na czerwonym świetle (i także poboczem) tworzyły rzeki chaosu, na które każdy gringo reaguje lekkim przerażeniem. Ale może to pozory? Na przekór logice jakoś to funkcjonuje, nie widziałam żadnej kolizji. Nie dajcie sobie wmówić, że skuter to pojazd 1-osobowy. Po wizycie w Ho Chi Minh City z całą stanowczością stwierdzam, że jest to pojazd rodzinny, a nawet ciężarowy!

Widok całej rodziny z dziećmi, bagażami, a nawet psem na jednym motorku to norma. Natomiast przejście przez ulicę to sport ekstremalny – nie możemy liczyć, że rzeka skuterków specjalnie dla nas nagle się zatrzyma. Musimy po prostu zebrać się na odwagę, wejść pod koła nadjeżdżających i przejść na drugą stronę. To działa! Wpasowanie się w rytm ulicy to jedyna metoda. Choć nie jestem fanką zakupów na wakacjach, to po prostu musimy się na nie udać, będąc w Ho Chi Minh. W mieście i okolicy znajduje się wiele fabryk znanych światowych odzieżowych marek i część rzeczy „przedostaje się” na lokalne targi i stragany. Za śmieszne pieniądze możemy się obłowić. Ja za ok. 90 tys. dongów (15 zł) upolowałam torebkę znanej marki dedykowanej podróżnikom, którą widywałam na różnych lotniskach świata za 30-krotnie wyższą cenę. Od jakiegoś czasu stanowiła ona obiekt mojego pożądania.

Poza miastem musiałam zobaczyć ręcznie wykopane tunele Củ Chi, które pierwotnie, w czasie wojny wietnamskiej, miały aż 200 km długości, a na ich powierzchni Vietcong ustawiał wymyślne pułapki na wroga, których pomysłowość naprawdę robi wrażenie. Ale prawdziwą grozę przeżywamy schodząc pod ziemię. W tunelach ciemno, gorąco i duszno, a w najciaśniejszych miejscach musiałam się czołgać, by przejść dalej. Zdecydowanie nie polecam osobom z klaustrofobią. Jednak tunele uświadamiają nam, jak heroicznym czynem było życie w nich nawet przez kilka miesięcy, bez wychodzenia na powierzchnię. Z głośnego Sajgonu udałam się w rejon Delty Mekongu, gdzie w dalszym ciągu życie toczy się jak przed dziesiątkami lat, mieszkańcy robią pranie i myją się w rzece, handlują pomiędzy czółnami. To rzeka wyznacza im rytm życia. Polecam też przejażdżkę rowerową po okolicznych wsiach – to tutaj można doświadczyć prawdziwego Wietnamu. Uwaga! Nie zjeżdżajcie z drogi, wciąż pełno tam niezdetonowanych min! Niestety, częsty widok kalekich osób jest dość przygnębiający.

Najlepszym sposobem, by z Wietnamu przedostać się do Kambodży to popłynąć majestatyczną rzeką Mekong i w czasie rejsu podziwiać piękne widoki. Tak też uczyniłam. Sporą atrakcją na trasie był nocleg w pływającym hotelu i wizyta na targu węży. Mijane przeze mnie kambodżańskie wsie były skromne, a stolica Phnom Penh, do której dopłynęłam, wyglądała raczej jak prowincjonalne miasteczko. Oprócz przepięknego Pałacu Królewskiego z ogrodami, paru świątyń i kilku przyzwoitych uliczek cała reszta wygląda dość biednie. W porównaniu do stolicy sąsiedniej Tajlandii to przepaść cywilizacyjna. Będąc w Phnom Penh, nie można nie pójść na wieczorny targ, a w zasadzie do restauracji pod gołym niebem. Na środku placu rozłożonych jest mnóstwo dywanów, na których lokalsi siedząc w kucki, zajadają kolację. Wokół rozstawione są stragany, na których smaży się, dusi i gotuje przeróżnej maści jedzenie – znajdziemy tam oczywiście popularne wietnamskie zupki, ale też, niestety, mięso z psów! Po kolacji udałam się na odbywający się akurat w okolicy koncert. Na naszych festynach możemy kupić kiełbaski, watę cukrową czy orzeszki, ale nie tutaj – widzowie wcinają jak popcorn różnego rodzaju prażone robaki i obgryzają nabite na patyk węże. O ile jedzenie tego typu specjałów w sąsiedniej Tajlandii stanowi już głównie atrakcję dla turystów, to w Kambodży jest to dalej codzienny przysmak.

Najsłynniejsze miejsce Kambodży, Angkor, dawna stolica państwa Khmerów, nie rozczarowało mnie, ale absolutnie zachwyciło. Niezliczone ilości świątyń, po których skaczą małpy, na przeogromnym obszarze (całość to prawie 400 km kw.!) i w przepięknej scenerii, pośród dżungli i jezior. Miejsce to najlepiej zwiedzać tuk-tuk’iem z własnym kierowcą, to najwygodniejszy i tani sposób. Przez Angkor nie możemy po prostu przebiec zaliczając kolejne punkty, musimy spokojnie chłonąć atmosferę tego miejsca. Usiądźmy na szczycie piramidy i podziwiajmy widoki, wypijmy mleko z kokosa, odpoczywając w cieniu tuk-tuka i powolnym krokiem przechadzajmy się pośród ocienionych drzewami świątyń. Siem Reap, najbliższe miasteczko od Angkoru i idealny punkt wypadowy, jest zdominowane przez turystów, ale mimo to panuje w nim przyjemna atmosfera. Ciągle wracam do niego myślami, a w zasadzie do knajpki, którą sobie upodobałam. Nie mogę zapomnieć o przepysznej zupie rybnej, serwowanej w wydrążonej skorupie kokosa, wołowinie podanej ze świeżym ananasem i imbirem oraz o deserze z grillowanych bananów w syropie z cukru trzcinowego z mleczkiem kokosowym. A cały ten zestaw – za jedyne 15 zł. Mhm, chyba muszę tam wrócić…

Zostaw nam kontakt, oddzwonimy!

[contact-form-7]

Artykuł Wakacje – Południowy Wietnam i Kambodża pochodzi z serwisu Gap Travel.

]]>